Linked in

Blog

29 maja 2026

Mapa obiecuje. Strefy blokują.

Kilka miesięcy temu światło dzienne ujrzała szeroko reklamowania przez rząd, Mapa Potencjału Energii Wiatrowej na Lądzie – dokument, którego celem jest skoncentrowanie dewelopmentu, tam, gdzie można znaleźć tereny spełniające kryteria lokalizacyjne dla turbin wiatrowych. Wskazano w nim 1378 gmin, które dysponują przynajmniej jednym hektarem gruntu nadającego się pod turbiny wiatrowe. Gdy zawęzić listę do miejsc, gdzie takich terenów jest co najmniej 50 hektarów – bo mniej więcej tyle potrzebuje realna farma – zostaje 923 gmin. Brzmi jak dobry punkt wyjścia.

Problem zaczyna się, gdy na tę mapę nałożymy inną – wojskowych stref lotniczych. Znaczna część gmin z wiatrowym potencjałem leży bowiem, częściowo lub w całości, wewnątrz stref, które w praktyce najczęściej oznaczają, że deweloper który uzgodnił z gminą zakres planu miejscowego, w trakcie jego uzgadniania dostaje weto ze strony wojska.

Wygląda na to, że część administracji rządowej pracowała nad mapą potencjału, a wojsko równolegle i niezależnie, rozszerzyło znacząco zakres stref lotniczych. I oba te podejścia znalazły się w konflikcie, którego ofiarą stają się w coraz więcej projektów farm wiatrowych.

Tyle że dane za 2024 rok mówią coś, co każe spojrzeć na ten zakaz zupełnie inaczej: te strefy są używane rzadko, czasem wcale.

Liczby, których nie da się zignorować

Raport Roczny za 2024 rok opublikowany przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej dokumentuje, jak polskie wojskowe strefy lotnicze były faktycznie wykorzystywane. Dane obejmują trzy kategorie przestrzeni: TSA (strefy tymczasowo wydzielone), TRA (strefy tymczasowo ograniczone) oraz MRT (wojskowe trasy lotnicze).

Wyniki są jednoznaczne.

Spośród 122 analizowanych stref TSA średnie wykorzystanie wyniosło 24,5%. Mediana — 19,3%, co oznacza, że połowa z nich była aktywna przez mniej niż jedną piątą zarezerwowanego czasu. Blisko co piąta strefa TSA mieści się w kategorii, którą można nazwać martwą lub symboliczną: aktywacja poniżej 5% rezerwacji.

Wojskowe trasy lotnicze MRT wypadają jeszcze gorzej. Spośród 151 tras aż 40% notuje aktywację w przedziale 0–5%. Mediana wynosi zaledwie 10,4%, a jedna na pięć tras nie była aktywowana ani razu w ciągu całego roku. Średnia na poziomie 18,6% jest zawyżona przez nieliczne trasy intensywnie eksploatowane — typowa trasa MRT jest przez większość roku po prostu pusta.

Strefy TRA są najbardziej zróżnicowane: średnia 34,5%, mediana 28,1%. Widać tu wyraźną polaryzację — kilka klastrów stref osiąga 88–97% wykorzystania (najprawdopodobniej okolice intensywnych poligonów i ośrodków szkolenia lotniczego), ale 28% stref TRA to również strefy martwe lub symboliczne.

Łącznie — we wszystkich trzech kategoriach — większość zarezerwowanej przestrzeni powietrznej w Polsce jest przez większość czasu nieużywana.

Paradoks w liczbach

Zestawienie danych ASM (systemie zarządzania przestrzenią powietrzną) z Mapą Potencjału daje obraz, który powinien skłonić do refleksji zarówno planistów, jak i decydentów.

Spośród 923 gmin wskazanych w Mapie Potencjału jako obszary z ponad 50 ha terenów pod wiatr — 778, czyli 84% — leży w zasięgu co najmniej jednej wojskowej strefy lotniczej. Tylko 145 gmin ma potencjał wiatrowy i nie jest objętych żadnym ograniczeniem lotniczym.

W strefach MRT i CTR/MCTR leży 368 gmin, w strefach TSA — 582, w strefach TRA — 558. Nakładanie się ograniczeń jest przy tym regułą, nie wyjątkiem: aż 200 gmin leży jednocześnie w zasięgu wszystkich trzech typów stref.


To nie jest drobna, jednorazowa kolizja planistyczna. To systemowy konflikt między dwoma dokumentami państwowymi, z których jeden wskazuje tu warto budować, a drugi odpowiada tu nie wolno — niezależnie od tego, czy przestrzeń nad tymi gminami jest faktycznie używana.

Rezerwacja to nie aktywność

W dyskusji o energetyce wiatrowej i strefach lotniczych często umyka jedno kluczowe rozróżnienie. Strefa wojskowa nie przypomina autostrady wypełnionej ruchem przez całą dobę. To raczej parking zarezerwowany na wyłączność dla jednej firmy – nawet jeśli jej samochody zjawiają się tam tylko kilka razy w roku, miejsce stoi puste, ale nikt inny nie ma prawa z niego skorzystać.

W polskim systemie ASM wojsko rezerwuje strefy z dużym wyprzedzeniem i często na długie okresy. Faktyczna aktywacja — czyli moment, w którym strefa jest realnie używana i niedostępna dla lotnictwa cywilnego — może być wielokrotnie krótsza niż czas rezerwacji. Raport PANSA dokumentuje właśnie tę lukę.

Najbardziej jaskrawym przykładem są strefy TSA z rezerwacją obejmującą cały rok (8 760 godzin) przy aktywacji poniżej 1% — kilkadziesiąt lub kilkaset godzin rocznie. Formalnie strefa istnieje przez 365 dni. Faktycznie samolot pojawia się tam przez kilka dni w roku. A turbiny wiatrowej i tak nie można postawić.

A turbiny, które już stoją?

Ciekawy jest też inny wątek. Wewnątrz stref MRT, MCTR i CTR stoi dziś około 1 000 istniejących turbin wiatrowych. W strefach TSA i TRA — kolejne 2 500. Z uwagi na nakładanie się stref łącznie to około 3 000 instalacji, czyli około 1/3 wszystkich turbin zlokalizowanych w Polsce, które już działają, współistniejąc z przestrzenią wojskową.

To ważna obserwacja z dwóch powodów. Po pierwsze, podważa tezę o absolutnej niekompatybilności turbin i stref – skoro tak wiele turbin już tam pracuje, a lotnictwo wojskowe sobie z tym radzi. Po drugie, rodzi pytanie o konsekwencję: dlaczego turbiny postawione przed wytyczeniem obecnych granic stref mogły powstać, a nowe już nie? I czy granice stref kiedykolwiek weryfikowano pod kątem rzeczywistego ruchu lotniczego, który miały chronić i czy strefy te nie są ustanowione nadmiarowo, bez oglądania się na skutki jaka taka nadmiarowość może przynieść.

Odpowiedzi na te pytania nie ma w żadnym publicznie dostępnym dokumencie.

Analiza krzyżowa: co mówią dane

Wiele wskazuje na to, że to właśnie gminy nakryte strefami o najniższej aktywności najczęściej odbijają się od ściany na etapie uzgodnień wojskowych – mimo że ruch lotniczy nad nimi jest bliski zeru. Żeby to zweryfikować, zestawiliśmy Mapę Potencjału z danymi PANSA (Polska Agencja Żeglugi Powietrznej (PAŻP), ang. Polish Air Navigation Services Agency) za 2024 rok i przyjrzeliśmy się sytuacji każdej gminy z osobna.

Analizą objęto 903 gminy z potencjałem powyżej 50 ha; dla 702 z nich udało się jednoznacznie dopasować konkretne strefy lotnicze i dane o ich aktywności. Wniosek? Co trzecia gmina jest blokowana wyłącznie przez strefy o niskiej aktywności. Dokładnie 211 gmin (30% z 702) znalazło się w sytuacji, w której nawet najintensywniej używana ze stref nad nimi nie przekracza 20% czasu aktywacji. Te gminy nie są blokowane przez intensywne loty. Są blokowane przez rezerwacje.

Na drugim biegunie jest zaledwie 81 gmin (11,5%), które leżą w zasięgu stref o aktywności powyżej 80% – to jedyne przypadki, gdzie twarda odmowa wojskowa ma jak się wydaje uzasadnienie operacyjne. Pozostałe 88,5% gmin to obszar, w którym relacja między tym, co zarezerwowane, a tym, co faktycznie wykorzystywane, aż prosi się o weryfikację.

Zero aktywności wcale nie jest wyjątkiem. Wśród gmin z największym potencjałem – powyżej 300 hektarów terenów pod wiatr – są takie, nad którymi zidentyfikowane strefy lotnicze nie były aktywowane ani razu w całym 2024 roku. Dębnica Kaszubska, Nowe Miasto nad Pilicą, Karnice, Środa Wielkopolska, Trzebielino – wszystkie figurują na Mapie Potencjału jako miejsca z realną szansą na rozwój energetyki wiatrowej. Wszystkie leżą pod strefami o aktywności 0,0%. Ani godziny lotów wojskowych. Zero. A turbiny i tak nie mogą tam stanąć.

Co więcej, pojedyncze strefy blokują wiele gmin jednocześnie. Strefa EPTS408 – zero godzin aktywności w 2024 roku – nakrywa 13 gmin z potencjałem wiatrowym. Strefy EPTR65B i EPTR716, również nieaktywne, obejmują odpowiednio 11 i 9 gmin. Dwie wojskowe trasy lotnicze – EPMRT021 i EPMRT082 – też nie były użyte ani razu, a razem dotykają blisko 20 gmin z Mapy Potencjału. To nie rozproszony zbieg okoliczności. To konkretna lista stref, których zmiana granic lub reklasyfikacja odblokowałaby dziesiątki lokalizacji za jednym zamachem.

Co z tym zrobić?

Ta analiza nie jest atakiem na wojsko ani na system zarządzania przestrzenią powietrzną. Obronność kraju jest wartością nadrzędną i nikt rozsądny nie postuluje likwidacji stref lotniczych w imię farm wiatrowych.

Postulat jest inny i znacznie skromniejszy: dane powinny mieć znaczenie.

Obecny system tworzy powtarzający się schemat:

  1. Gmina figuruje w Mapie Potencjału jako obszar z realną szansą na energetykę wiatrową.
  2. Deweloper wchodzi w wieloletni i kosztowny proces planistyczny.
  3. Na etapie uzgodnień CWCR (Centralne Wojskowe Centrum Rekrutacji) odmawia zgody, powołując się na strefę.
  4. Strefa ta przez 98% roku jest nieaktywna — co wynika z publicznych danych PANSA.
  5. Inwestycja upada. Gmina traci potencjalne dochody z podatków. Polska nie osiąga celów OZE.

Nie jest to problem wymagający nowych przepisów ani rewolucji w zarządzaniu przestrzenią powietrzną. Wystarczyłyby trzy zmiany: obowiązek uwzględnienia danych o faktycznej aktywacji strefy w procedurze uzgodnienia inwestycji OZE; przegląd granic stref o aktywacji poniżej 5% pod kątem ich rzeczywistego uzasadnienia operacyjnego; oraz zasada, że odmowa uzgodnienia musi zawierać odniesienie do konkretnej działalności lotniczej — nie tylko do faktu istnienia rezerwacji.

Przestrzeń powietrzna jest dobrem wspólnym. Dane o jej wykorzystaniu są publiczne od lat. Jedyne, czego brakowało, to zestawienie ich z danymi o potencjale energetycznym gmin, które ta przestrzeń blokuje. To zestawienie właśnie powstało.


Analiza opiera się na danych z Raportu Rocznego 2024 – Ruch Lotniczy w FIR Warszawa, Dział Planowania Strategicznego ASM (PANSA), str. 39–51, oraz danych z Mapy Potencjału Energii Wiatrowej na Lądzie. Analiza statystyczna obejmuje 122 strefy TSA, 492 strefy TRA i 151 tras MRT.